Brutalna Polityka? Przemyśl 1907 roku pokazał, czym jest prawdziwa walka
”
Wyobraźcie sobie dzisiejszą Polskę, w przeddzień wyborów 18 maja 2025 roku. Media huczą od ostrych słów, politycy obrzucają się błotem, a Internet pęka od memów i hejtu. Wielu z nas narzeka, że polityka stała się brutalna, że kampanie to festiwal agresji i podziałów.
Ale cofnijmy się o ponad wiek, do Galicji pod panowaniem Austro-Węgier, do czasów, które w naszej wyobraźni jawią się jako epoka elegancji, cylindrów i powozów. Tamtejsze wybory, jak te z 17 maja 1907 roku w Przemyślu, pokazują, że polityczne starcia mogły być nie tylko bezpardonowe, ale i śmiertelnie niebezpieczne. Gdy emocje sięgały zenitu, na ulicach lała się krew, a spory kończyły się szablami. Współczesne kłótnie na Twitterze? Przy tamtych realiach to dziecinna igraszka.
Galicja 1907: Polityka na krawędzi
Na początku XX wieku Galicja, będąca częścią Cesarstwa Austro-Węgier, była tyglem narodowości, idei i ambicji. Polacy, Ukraińcy, Żydzi – wszyscy walczyli o wpływy w ramach nowej ordynacji wyborczej z 1907 roku, która dawała prawo głosu szerszym masom mężczyzn. Wybory do wiedeńskiej Rady Państwa były nie tylko walką o mandaty, ale i o tożsamość, władzę, przyszłość. W Przemyślu, wielokulturowym mieście nad Sanem, ten polityczny kocioł osiągnął punkt wrzenia.
Herman Lieberman kontra elity
W centrum wydarzeń stał Herman Lieberman, charyzmatyczny adwokat i socjalista z Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej (PPS-D). Ten syn zasymilowanej rodziny żydowskiej, znany z obrony robotników i więźniów politycznych, rzucił rękawicę establishmentowi. Jego przeciwnik, sędzia Hugon Królikowski, miał poparcie burżuazji, Kościoła i konserwatystów – innymi słowy, całej przemyskiej „wierchuszki”. Kampania? Bardziej przypominała wojnę.
Prorządowe „Echo Przemyskie” nie zostawiało na Liebermanie suchej nitki, nazywając go heretykiem, masonem, a nawet „antynarodowcem”. Z kolei socjalistyczny „Nowy Głos Przemyski” przedstawiał go jako bohatera ludu, który łączy wszystkich, niezależnie od narodowości. Władze też grały ostro: straszyły wyborców, że „będą wiedzieć”, na kogo głosują, a urzędników zmuszano do poparcia Królikowskiego. Ulotki wyborcze? Roznoszone pod eskortą policji, jakby to były tajne akta.

17 maja: Od urn do zamieszek
17 maja 1907 roku (dokładnie 118 lat od chwili publikacji tegoż artykułu) Przemyśl zamienił się w pole bitwy – choć na razie bez krwi. Oddziały wojska maszerowały przez miasto, dając jasny sygnał: władza czuwa. Głosowanie przebiegło spokojnie, ale atmosfera była jak przed burzą. Wieczorem tłumy zebrały się na Rynku, czekając na wyniki. W lokalach wyborczych liczono głosy, które potem trafiały do komisji w ratuszu. I tu zaczęły się problemy.
Komisja zwlekała z ogłoszeniem wyników, a plotki mówiły, że Lieberman wygrywa. Po przeliczeniu głosów, które wskazały Liebermana jako zwycięzcę, burmistrz Przemyśla Franciszek Doliński miał wrzasnąć „A niech go szlag trafi”. W tym czasie zebrany na przemyskim Rynku tłum, zniecierpliwiony i wściekły, zaczął protestować. Choć źródła nie precyzują, czy zamieszki wybuchły dokładnie 17 maja, czy w kolejnych dniach, efekt był tragiczny. Gdy po zapadnięciu zmroku władze w końcu ogłosiły zwycięstwo Liebermana, na ulicach Przemyśla rozpętał się chaos. Siły porządkowe ruszyły na tłum, a w zamieszkach – jak relacjonował sam Lieberman – trzy osoby zginęły „zarąbane szablami”, a około stu zostało rannych. To nie była polityka słów, to była polityka przemocy. W „rzezi” jak te wydarzenia opisywał Nowy Głos Przemyski, miały uczestniczyć siły wojskowe wraz cywilnymi władzami miasta. W trakcie ataku wojska i policji nagle w całym mieście zgasły uliczne latarnie i zapanowała ciemność. Jak pisze gazeta „Ogromna część winy za krwawą noc piątkową spada na naczelnika straży p. Olszewskiego, który rozkazał pogasić lampy elektryczne, aby w ten azyatycki sposób przygotować grunt do krwawych harców żołdactwa p. Schwarza (dowódcy policyjnej konnicy [red. KP])”. Dalej autor artykułu pisał „Panowie Olszewski Doliński i redaktorowie „Echa Przemyśla” są prostaczymi kłamcami, którzy chcą wmawianiem w kierowników stacyi elektrycznej nakłonić ich do potwierdzenia kłamstw i podania ich za prawdę. Tchórz Olszewski nie wykręci się przy pomocy siły wyższej!” Bardzo ostre słowa odnoszą się do tłumaczeń magistratu, jakoby światła miejskie w trakcie szturmu miały zgasnąć z powodu awarii sieci elektrycznej, która miał nastąpić w tym samym tragicznym momencie. W artykule padają także ostre słowa na temat jednego z najbardziej zaufanych doradców burmistrza Dolińskiego dr. Franciszka Trybulca „Zdaje się że wszyscy w magistracie zeszli do niskiego poziomu moralnego analfabety Trybulca. Zdaje się, że cała gmina z burmistrzem na czele etycznie w zupełności strupieszała i wcieliła się do właściwości swego w agitacyi wyborczej […] zgubnych tradycyi pomocników policyi, czy „redaktorów” Gazety przemyskiej (chodziło o Echo Przemyśla [red. KP])” Jak widzimy na przemyskim przykładzie, ówczesna niesamowicie spolaryzowana polityka stosowała dużo bardziej drastyczne metody, niż te, których jesteśmy świadkami w czasach obecnych.

Galicja: Wybory w cieniu przemocy
Przemyśl nie był wyjątkiem – w Galicji początku XX wieku polityka była jak taniec na linie nad przepaścią. W Rohatynie, niewielkim miasteczku na wschodzie regionu, kampania wyborcza w 1907 roku zamieniła się w festiwal chaosu. Tamtejsze ulice wypełniały się krzykami, gdy Polacy, Ukraińcy i Żydzi walczyli o wpływy. Plotki o przekupstwach, manipulacje listami wyborczymi i groźby rzucane w karczmach były na porządku dziennym, a wiece polityczne nieraz kończyły się bójkami. We Lwowie, sercu Galicji, kampanie wyborcze sprzed kilku lat, jak te z 1900 roku, przypominały słowne krwawe igrzyska – kandydaci, tacy jak Ernest Breiter czy Józef Hudec, obrzucali się w prasie obelgami typu „moczymorda” czy „padalec polityczny”, a tłumy na ulicach podgrzewały atmosferę. Choć nie zawsze dochodziło do rozlewu krwi, napięcie wisiało w powietrzu jak dym nad miastem.
Jeszcze bardziej dramatyczne były echa politycznych konfliktów, które wykraczały poza same wybory. W 1908 roku Lwów wstrząsnął zamach na namiestnika Galicji, Andrzeja Potockiego, dokonany przez ukraińskiego studenta Myrosława Siczynskiego. To morderstwo, choć nie związane bezpośrednio z wyborami, było owocem wrzących napięć narodowościowych, które kampanie wyborcze tylko podsycały. Na galicyjskiej wsi, gdzie ziemiaństwo wciąż trzymało chłopów w szachu, wybory były okazją do manipulacji. Termin „kiełbasa wyborcza” – oznaczający kupowanie głosów jedzeniem czy wódką – narodził się nie bez powodu. W karczmach i na targowiskach dochodziło do starć między włościanami a zwolennikami lokalnych elit, a wiece polityczne czasem przeradzały się w regularne bijatyki. W takich realiach polityka nie była grą słów – była walką, w której przegrana mogła oznaczać coś więcej niż utratę mandatu.
Lieberman w Wiedniu: Głos sprawiedliwości
Lieberman nie tylko zdobył mandat, ale i wykorzystał go, by upomnieć się o sprawiedliwość. W swoim pierwszym przemówieniu w wiedeńskim parlamencie opisał krwawe wydarzenia w Przemyślu, oskarżając władze o prowokowanie zamieszek i łamanie prawa. Jego płomienna mowa, wygłoszona wbrew radom partyjnych liderów, przeszła do historii jako symbol walki o zwykłych ludzi. Dla wielu mieszkańców Przemyśla zwycięstwo Liebermana było triumfem nie tylko socjalizmu, ale i nadziei na lepszą przyszłość.
Lekcja dla nas
Gdy dziś, w 2025 roku, narzekamy na „brutalność” polityki – hejt w mediach, ostre słowa w debatach czy fake newsy – warto spojrzeć na Przemyśl sprzed ponad wieku. Tamtejsze wybory, jak te z 17 maja 1907 roku, przypominały bitwy, w których ginęli ludzie. Współczesne spory, choć gorące, rzadko przekraczają granice słów. Może więc, idąc jutro na wybory, zamiast narzekać na „agresję”, doceńmy, że nasze urny stoją w spokojnych lokalach, a nie na ulicach, gdzie czają się szable.
Chcecie wiedzieć więcej? Zajrzyjcie do Archiwum Państwowego w Przemyślu – stare gazety, jak „Głos Przemyski”, czy raporty policyjne mogą opowiedzieć jeszcze więcej o tych burzliwych czasach. A Herman Lieberman? To postać, która pokazuje, że nawet w chaosie można walczyć o sprawiedliwość – i wygrać.
Źródła: Zenon Andrzejewicz „Herman Lieberman – przemyski adwokat i socjalista, cz. 1 i 2” na przemyskiehistorie.pl,