Czy Twierdza Przemyśl ożyła? Moje spotkanie z Fortem Duńkowiczki
Bałem się nieco tej wizyty. Serio. Wiem, brzmi to nieco dziwnie. Nie duchów oczywiście dotyczyły te obawy. Wcześniej byłem tu wielokrotnie, czy to zwiedzając, czy też ćwicząc z Wotami. Wiedziałem, że w Duńkowiczkach powstaje coś wyjątkowego – muzeum nowoczesne, interaktywne, projektowane według światowych standardów. Widziałem wizualizacje, czytałem zapowiedzi, słyszałem słowa o „narracyjnej ekspozycji”, „immersyjnych wrażeniach”, o „pełnym zanurzeniu w historii”. I choć brzmiało to imponująco, w głowie nie dawała mi spokoju myśl: czy aby nie zrobimy z naszej Twierdzy… wesołego miasteczka?
Znam ludzi, którzy stoją za tym projektem. Znam Mirosława Majkowskiego – człowieka instytucję, który na tworzeniu historycznych widowisk zjadł zęby, a wielu z nich potrafił nadać nowe znaczenie. Nigdy nie zawiódł, zawsze dowoził. A jednak, mimo tego zaufania, gdzieś w środku czaił się cień obawy, bo Twierdza Przemyśl to nie jest byle zabytek. Twierdza to kawał historii, dzięki któremu tożsamość dzisiejszego Przemyśla jest taka, a nie inna.
I dziś, kiedy piszę te słowa, mogę z czystym sumieniem powiedzieć: obawiałem się zupełnie niepotrzebnie.
Powstaniu muzeum w forcie Duńkowiczki towarzyszył gigantyczny wysiłek i niemała inwestycja. Warto tu przywołać oficjalne dane: remont i adaptacja Fortu XI „Duńkowiczki” oraz szereg innych zabytkowych obiektów Twierdzy Przemyśl tworzących północną część trasy fortecznej, to kwota ponad 20 milionów złotych. To jedna z tych nielicznych inwestycji, o których mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że ani złotówka nie została tu zmarnowana. 7 września 2025 nastąpiło uroczyste otwarcie trasy, z Fortem XI jako centrum nowej oferty turystycznej.

Już pierwsze kroki w stronę fortu uświadomiły mi, że to nie będzie zwykłe zwiedzanie. Znajoma ścieżka prowadząca od bramy ku koszarom. A jednak wszystko jest inne. Teren oczyszczony, ale nie wysterylizowany. Fasada koszar odnowiona, jednak pozostawiono element wskazujący, że przez lata fort wyglądał zgoła inaczej. I chyba jest to jedyny element, którego mógłbym się przyczepić, bo wygląda dość dziwnie i zagadkowo. Możliwe jednak, że czegoś o nim nie wiem – muzeum zwiedzałem sam, bez przewodnika.

Wielkim pozytywem jest zachowana „dzikość” fortu, surowość murów mówi sama za siebie. Widać, że ci, którzy tu pracowali, mieli do tego miejsca szacunek. Nie przykryli go nowym betonem a trasy nie poprowadzono wygodnymi chodniczkami. Zrobili coś o wiele trudniejszego – przywrócili mu duszę, nie odbierając autentyzmu. Chcąc zwiedzać trzeba się liczyć z trawą, błotem – w końcu to fort, nie lunapark.

Fort Duńkowiczki był zawsze wyjątkowy. Najlepiej zachowany z obiektów przemyskiej twierdzy a jednak także wysadzony, później okaleczany przez czas i ludzi. Teraz – odrodzony. Widziałem zrekonstruowaną baterię pancerną, stanowiska piechoty, poterny, które znów mają sens przestrzenny. Ale najbardziej uderzyło mnie to, czego nie odnowiono. Te miejsca, które zostawiono w stanie „prawdziwym”: z kapiącą wodą, tworzącymi się na stropach stalaktytami, z cegłą pamiętającą rozmowy żołnierzy prowadzone w kilku europejskich językach, z wilgocią i chłodem, które nadają niesamowity efekt autentyzmu. W tych korytarzach można się zgubić – i to cudowne uczucie. Bo tutaj gubienie się jest formą odkrywania.

Z zewnątrz fort wygląda teraz imponująco. Ale prawdziwa magia zaczyna się w środku. Tam, gdzie nowoczesność i historia naprawdę się spotykają. We wnętrzu koszar fortecznych umieszczonych zostało pięć stałych wystaw w postaci tematycznych kazamat, każda z własną opowieścią, własnym klimatem, własnym „światem”. I tu muszę przyznać: to zabieg nowoczesny, ale jednocześnie głęboko szanujący ducha miejsca . To nie wystawa – to podróż. Wchodzisz i po chwili zapominasz, że jesteś w muzeum. Klimatyczne oświetlenie, muzyka, dźwięki otoczenia a nawet zapachy zmieniają się – to wszystko powoduje, że naprawdę zanurzamy się w tamten świat bez granic. Tu muszę powiedzieć, że miałem szczęście muzeum zwiedzać absolutnie sam. I choć z całego serca życzę Duńkowiczkom, aby odwiedzały je tysiące turystów, to jednak jestem przekonany, że samotność w trakcie tutejszego zwiedzania, to także najlepszy sposób aby dać wchłonąć się przez odtworzony tu klimat epoki.

W pierwszej kazamacie przenosimy się do Przemyśla sprzed wybuchu wojny. Miasto tętni życiem, jest spokojne, dostojne, wciąż wierzy w stabilność imperium. Na ścianach pojawiają się projekcje, w tle słychać dźwięki dorożek, kościelne dzwony, rozmowy na rynku. Wydaje się, że nic nie może przerwać tego rytmu.

A potem przechodzimy dalej – do świata wojny. Do chaty chłopskiej, do której zakwaterowani zostali obrońcy twierdzy. W powietrzu czuć stare drzewo, słomę. Lektor opowiada o trudach życia, głodzie jaki panował w oblężonym mieście. Nie trzeba zamykać oczu, żeby to zobaczyć — wszystko jest tuż obok, na wyciągnięcie ręki.

W następnej kazamacie unosimy się nad Twierdzą. Jesteśmy na pokładzie sterowca. Widzimy Przemyśl pod sobą. Projekcje tworzą iluzję lotu, podłoga buja w jedną lub drugą stroną, a efekt jest tak realistyczny, że co wrażliwsi mogą poczuć się lekko niekomfortowo.

Kolejna sala przenosi nas do szańców. Ciasnych i dusznych. W przylegającym do linii obronnej schronie siedzi żołnierz, czyta. Może modli się ze świętym obrazkiem? Idąc tunelem oszalowanym deskami dochodzimy do stanowiska karabinu maszynowego. Widz może nawet „odeprzeć atak” rosyjskiej piechoty – i choć to tylko symulacja, adrenalina działa na prawdę. Tutaj muzeum przestaje być miejscem oglądania. Staje się miejscem przeżywania.

I wreszcie ostatnia kazamata. Przemyśl na końcu oblężenia. Miasto złamane, ciche, płaczące. Puste, zniszczone sklepy, głodujący na ulicach. Na ścianach ruiny, głos narratora mówi o upadku. W tle słychać odgłos marszowego kroku wkraczających do Przemyśla Rosjan.

To, co dzieje się w tych pięciu kazamatach, trudno opisać jednym słowem. To nie wystawa. To emocjonalny spektakl, w którym widz nie jest widzem, lecz uczestnikiem. Nie ma tu dystansu między przeszłością a teraźniejszością – jest jedno, płynne doświadczenie. Wystawa przedstawia nie tylko historię oblężenia Przemyśla. Mówi nie tylko o upadku Twierdzy, ale też o końcu całego świata, który wtedy się kończył. Trzy lata po upadku Przemyśla przestało istnieć wszystko, z czego był stworzony – wielowiekowe monarchie, porządek Kongresu Wiedeńskiego, wiara w stałość rzeczy. Cała epoka się skończyła, a z nią pewien sposób patrzenia na świat. Czy to co przyszło później, na pewno było lepsze?
Gdy wyszedłem z fortu, było już późne popołudnie. Słońce chowało się za wzgórza, a powietrze pachniało jesienią. Zatrzymałem się na chwilę przed bramą i spojrzałem w stronę wałów. Wszystko wydawało się jakby spokojniejsze. Myślałem o tych ludziach, którzy tu walczyli, umierali, marzyli o powrocie do domu. O tym, jak historia może milczeć przez dziesięciolecia, aż w końcu ktoś da jej głos.
Fort Duńkowiczki przemówił. Nie krzyczy efektami, nie narzuca się multimedialnym hałasem. Mówi cicho, ale głęboko. To, co zrobili twórcy tego muzeum, to nie tylko renowacja obiektu, to akt przywrócenia pamięci. Pamięci o żołnierzach, o mieście, o epoce, która przeminęła, ale która wciąż nas kształtuje.
I tak, można powiedzieć bez przesady – to jest miejsce, które warto zobaczyć, ale jeszcze bardziej warto poczuć. Bo nie chodzi tu tylko o historię Twierdzy Przemyśl. Chodzi o historię świata, który runął, by zrodzić zupełnie nowy.
Piotr Gdula